content

Secessions and Broadcast, rozmowa z Piotrem Bujakiem (pl)

Wydaje mi się, że to nie świat sztuki ma konfekcyjny charakter, ale świat po prostu. A to mnie nie tyle nuży nawet, co niepokoi.

Łukasz Trzciński: Piotr, swoją wystawę określasz jako rodzaj hołdu dla Gene’a Youngblooda.

Piotr Bujak: Tak, do pewnego stopnia tak sobie o tym myślę… Sam tytuł „Secession from the Broadcast” jest nawiązaniem do cyklu wykładów Youngblooda dotyczących znaczenia mediów i środków komunikacji w epoce postinternetowej. Mnie jednak generalnie interesują zagadnienia dotyczące współczesnego konsumeryzmu, kultury mieszczańskiej i patologii dziejących się na styku tychże, ale rozumianych maksymalnie szeroko jak się da. Puste pudła po telewizorach zawieszone z premedytacją na standardowej dla galeryjno-muzealnej, czy jakiejś innej geszefciarskiej wystawy wysokości 160cm (chyba, bo w sumie to nie pamiętam czy to było tyle dokładnie, ale na pewno gdzieś około) w klasycznie krakowsko-burżuazyjnym wnętrzu to przecież jest (a przynajmniej ja to tak widzę) szyderczy pisk w sosie punkolo-intelektuolo dotyczący raczej tematów inżynierii społecznych czy formatowania zachowań, a nie pustosłowie o wolnych mediach.

Jego koncepcje antycypujące rewolucję współcześnie pojmowanych wolnych mediów, opartych na rzeszach amatorów, odbijały się od amerykańskiego konsumeryzmu. Czy zatem te teorie są wg, Ciebie w pełni przekładalne na nasze doświadczenie? Pojemność znaczeniowa terminu ‘state media’ w USA, była dość odległa od tego czym i jak strumieniowano z ekranu na wschodnią Europę. Czy i na nas można patrzeć poprzez klucz ‘audience nation’?

Youngblood odnosił się jednocześnie do kryzysu dominujących neoliberealnych demokracji z całą infrastrukturą na której te demokracje są oparte oraz do konsekwencji z tego wynikających.

Stąd uważam, że na szeroko rozumianych „nas” można też jak najbardziej patrzeć przez klucz „audience nation”. Dodatkowo, pojęcię „state media” – jak sam zauważyłeś – jest dość pomiestne, ale przecież Youngblood wyraźnie podkreśla że „all media are state media” i używa tych określeń w bardzo dzisiejszym kontekście. Zresztą, mnie interesował problem krytycznej postawy zarówno wobec współczesnych mediów masowego przekazu jak i współczesnej rzeczywistości, którą te media w lwiej części kreują.


Gdy przeglądam towarzyszącego wystawie Twojego pozornie skromnego, czarno-białego zina wykonanego w najtańszym punkcie ksero w mieście, jedyny przewodnik po wystawie, dźwięczą mi w uszach komentarze , że powinieneś dobrać szlachetniejszy papier, wydrukować w kolorze… Rzeczywiście spięta zszywką kserówka wygląda, jakby… nie ze świata sztuki! W tym dziwnym kraju, gdzie na koniec liczy się i tak ładny, intrygujący obiekt obiekt a nie mocna treść, Ty zdajesz się stawiać wyłącznie na tę drugą! Wystarczy rzut oka na precyzyjnie wyłowione przez Ciebie fragmenty by zrozumieć, że pod płaszczykiem zero formy kryje się dość potężny manifest…

I o to chodziło… Łatwo powielalne, tanie środki wyrazu są zresztą moimi ulubionymi. Poza tym po co robić zina kolorowego na ładnym papierze, nie czyniąc z tego gestu drugiego dna? Opakowanie musiało zostać starte, odwrotnie – poniekąd – jak opakowanie telewizora. Nie znalazłem żadnego sensownego uzasadnienia dla użycia innej formy. Zresztą estetyzację tego typu działań zostawmy mieszczańskim faszystom.

 

Już na pierwszej stronie czytamy o ‘secession from dominant culture’, ‘social control’.

Właściwie ta przestrzeń interesuje mnie najbardziej, nie okołomedialne dyskusje a szerzej rozumiane wyjście spod strumieniowej kontroli. Znajduję tu odniesienie do agambenowskiej koncepcji stającej się na naszych oczach rozdrobnionej wspólnotowości, końca ery hegemonii wielkich partii, grup interesu, mainstream’owych ideologii…

Co rozumiesz przez sam broadcast – mam wrażenie, że choć przez pryzmat konkretnego, dogorywającego dystrybutora treści w postaci telewizji mówimy o wiele szerszej wyrwie? 

 Dokładnie tak jest – w „secession from the broadcast” interesuje mnie przede wszystkim problem formatowania. W podstawowej warstwie broadcast rozumiem jako całość sfery komunikacyjnej, opartej dzisiaj na bezpośrednim i relatywnie łatwym (choć to jest grząski teren) dostępie do informacji, jej zalewie i konsekwencjach z tego wynikających. Jednak wyrwa z jednokierunkowego sposobu dystrybucji i percepcji treści to właściwie przewartościowanie obecnie pojmowanego/funkcjonującego formatu/konstruktu społecznego. I nie myślę ty jedynie o dystrybucji treści a głównie o inżynierii społecznej…

Bardzo bliska jest mi twoja konsekwentna postawa – w patriarchalnym społeczeństwie  o jasno uporządkowanej skali wartości, maszerujesz po ulicy w  legginsach w kwiaty, nie pijesz, w pracy operujesz obiektami, których nie da się objąć ramami cyrkulacji świata sztuki, wymykasz się jak płaskie ekrany, które wypadły/wyślizgnęły się z przeznaczonych dla nich pudeł… Z premedytacją stajesz z boku systemu dystrybucji obiektów sztuki(lub w polskim przypadku raczej wyobrażenia o nim) stawiając niemal wyłącznie na treści. Mocne koncepcje można przecież też ładnie i intrygująco opakować licząc na dobrą sprzedaż, dla zaskakująco wielu bliskich nam intelektualnie kolegów i koleżanek to wręcz odruch bezwarunkowy…

Czy to, delikatnie mówiąc – znużenie wciąż zbyt konfekcyjnym charakterem świata sztuki? Zaczyna się określać Twoją pracę jako ‘konceptualizm wyciosany siekierą’…

Bardzo lubię ten termin… „konceptualizm od siekiery”. Ale mnie serio interesuje produkcja bardziej treści niż wspomniane wcześniej geszefciarstwo. To co chcę chyba podkreślić w „Secession From the Broadcast” to to, że opakowanie jest zajebistym narzędziem manipulacji. Wiem że to jest klisza, ale mimo wszystko wydaje mi się, że należy to podkreślać do porzygu.  Jednocześnie nie jestem jakoś ultra-sceptyczny jeśli chodzi o „ładne i intrygujące” opakowanie. Faktem natomiast jest, że rzeczywiście interesują mnie raczej treści. Wydaje mi się, że to nie świat sztuki może ma konfekcyjny charakter co świat po prostu, czym jestem nie tyle znużony nawet, co zaniepokojony. Na tym niepokoju, braku pełnej akceptacji i chęci zrozumienia przyczyn tego stanu rzeczy jest oparta zasadniczo moja praktyka artystyczna. Poruszam się najchętniej pomiędzy minimalizmem, post-konceptualizmem i może sytuacjonizmem dla których szukam surowych rozwiązań, opierając się na syntetycznych decyzjach i prostych gestach, ale to są tak naprawdę tylko narzędzia pracy, nie chcę się ich jakoś kurczowo trzymać. Z drugiej strony, zauważ że te decyzje/gesty są podejmowane odpowiedzialnie, a moje realizacje są jednak dopracowane formalnie (a przynajmniej sam o nich tak myślę – może trochę na wyrost), więc zarzut konfekcyjności podejrzewam, że można też stawiać wobec nich… To chyba zależy znowu od tego jak rozumie się w danym kontekście definicję „konfekcyjności”.

 


Medium zbudowane dotąd na jednokierunkowej dystrybucji treści, na programowaniu tak zwanej przez Youngblooda i nie tylko – ‘ audience nation’ zdaje się sprowadzać ekran do funkcji białej tablicy. Strumieniowanie, kontrola nad mediami powoli tracie rację bytu.

Zatem Gene powinien być spokojny, jego tak wychwalani amatorzy zdają się dzisiaj władać komunikatem. Rozdział mediów krajowych i prywatnych zdaje się tracić na znaczeniu, bo komunikat jest w rękach wszystkich. Czy rzeczywiście? Czy według Ciebie uwolniona telewizja jest dziś w być stanie medium zero, niemal jak białe światło u MacLuhana? Ponieważ sama w sobie nie niesie już żadnej treści, nie uosabia polityki komunikacyjnej? Czy rzeczywiście tak jest? Kto dziś stoi za światłem? Ewentualnie, czyją postawę ono uosabia? Czy gdy dystrybutorami stają się dotychczasowi widzowie, przekleństwem mediów nie jest tym razem samoistne,  zapętlanie się w komunikacie?

To że rzesze amatorów mają ułatwiony dostęp do kreowania komunikatu i rozpowszechniania go na niespotykaną wcześniej skalę jest oczywiste. Natomiast nie jestem pewien czy jednoznacznie pociąga to za sobą fakt, że władza na tym komunikatem jest w ich rękach. Władza jest zazwyczaj w rękach władzy, że się posłużę takim bon motem. Przywołując mój wcześniejszy cytat z Youngblood’a „all media are state media”, co należy podkreślać z całą stanowczością.

To że strumieniowanie zrobiło się bardziej rozproszone jeszcze nie przesądza że współczesna inkarnacja telewizji jest w stanie medium zero. Media nie są wolne a ewentualnie mają większy potencjał żeby bywać bardziej dostępnymi. Widzowie nie tyle dystrybuują co redystrybuują treści, co rzeczywiście może prowadzić wprost do zapętlenia się w komunikacie, ale to jest właśnie to zagrożenie które mnie interesuje – ten rodzaj współczesnej komunikacyjnej matni. Myślę że można by się pokusić o takie stwierdzenie że za szerokopasmowym strumieniowaniem zawsze stać będzie kapitał/władza/polityka, ale dzisiaj mamy dostępny inny rodzaj strumieniowania za którym łatwiej stanąć amatorowi. Właściwie na broadcast należałoby spojrzeć poprzez pryzmat wszystkich kanałów, którymi obecny przekaz jak i echa poprzednich, jest tłoczony. A zatem zarówno cały obieg towarowy ze wszystkimi przynależnymi wątkami przybocznymi, planowana odgórnie i jak oddolnie wrastająca w tkankę miejską architektura, czy zapętlenie komunikacji nadawca-odbiorca, należałoby właściwie uznać, że… samo społeczeństwo jest broadcastem!

No właśnie, dotąd ‘nadawanie’ by zapewnić możliwie szerokiego odbiorcę musiało odbywać się za pomocą ‘wspólnego języka’ – kopiować, powtarzać, imitować język i skalę pojęciową przeciętnego odbiorcy a zatem było wtórne by zapewnić powodzenie swojego bytu. Przypomina się kolejny cytat z Agambena, który brzmi mniej więcej tak: rzeczywistość jest już dziś jedynie filmem reklamowym, z którego usunięto ślady reklamowanego produktu. Nie jesteś w stanie wygenerować potencjalnie obiektywnego wizerunku świata bo w większości wypadków jest on echem innych reprezentacji, sztucznie wypreparowaną wydmuszką. Jedyną naturalność wyjściową zdają się mieć obrazy klęsk żywiołowych, bo już nawet dowolna wojna jest jednym niekończącym się filmem… Społeczny charakter dystrybucji okazuje się opierać na systemie kalki…

Tak to prawda – media nie tyle posługują się wspólnym językiem co go w znacznym stopniu kreują. Są repetytywne, to jest przekaz zapętlony, rzeczywistość równoległa. Na kreację prawie nie ma miejsca bo trzeba wpisywać się w dotychczasowe formatki aby trafić w gusta odbiorcy. Zatem same media muszą nieźle się namęczyć aby to zapętlenie zhakować i wprowadzić wirusa/nową treść. Tylko że to, że nie jesteś w stanie wygenerować potencjalnie obiektywnego wizerunku świata nie zwalnia z potrzeby podejmowania takich prób. Należy hakować ten wizerunek, ten film reklamowy, jak tylko się da.


Wracając do samej wystawy, mam nieodparte wrażeniu, że materiał wyślizgnął się nam nieco z przymierzanej wyjściowo formuły, mówiąc bardziej wprost – wyskoczył krok przed nas. Miały być puste pudła po telewizorach, wyrwanie ich z codziennego kontekstu i zawieszenie w przestrzeni sztuki miało nawiązywać do teorii fetyszyzmu towarowego, o tym, że przedmiot-produkt akumuluje w sobie szereg strategii, jest ich wypadkową. A zatem kumulacją treści, konstruktem który wystarczy rozłożyć na czynniki pierwsze. Tymczasem niczego nie trzeba rozkładać bo znalezione/wybrane przez Ciebie/nas  pudła po ekranach okazały się totalnie autokrytyczne wobec medium które uosabiają.

 Sposób budowania treści przez stojące za nimi koncerny mówi wprost o erozji medium, w jego dotychczas pojmowanej formule. Komunikaty, którymi opakowania mają trafić do odbiorcy jasno wskazują na koniec dotychczasowej pojmowanej dystrybucji treści, jest ona wręcz zupełnie zmarginalizowana. Mamy do czynienia z poważnym przekazem, przy czym biorąc pod uwagę język – właściwie jakbyśmy czytali Youngblooda w wersji obrazkowej…

Jednocześnie istotny jest natomiast fakt, że ewolucja technologiczna de facto decentralizuje dotychczasową władzę. Postępująca dematerializacja dotychczasowych jej atrybutów, w tym właśnie mediów, skutkuje jej postępującą demokratyzacją, uwspólnotowieniem, co szczęśliwie czyni ten proces nieodwracalnym. Jednocześnie, co podkreśliłeś, nie jest to secession oddolne. Samo medium się poddaje. Zupełnie jak w dominującym konstrukcie społecznym. Chodzi mi o to, że teraz jest ten moment kiedy można przewalić całą  dotychczasową formułą układu społecznego i to się zaczyna dziać. Kiedy hegemonia molochów, dominujących streamingów się chwieje.

 

Z mojej perspektywy istotne jest też, że antycypacji przyszłej ewolucji dokonał nie oderwany teoretyk ale praktyk medium z krwi i kości. Youngblood był gotowy do swoich teorii dzięki temu, że sam wcześniej był praktykiem broadcastu, jako dziennikarz uczestniczył w systemie formatowania treści i ich dystrybucji. Tylko dzięki obserwacji zasad systemu od środka był w stanie wygenerować konkluzje kreślące potencjalne ścieżki przyszłościowe. Czy dziś gdy niemal wszyscy jesteśmy ‘ze środka medium’, jako indywidualni dystrybutorzy treści,  myślisz, że wśród tych mas może czaić się krytyczny potencjał, który przewidzi dalszą ewolucję? Czy rzeczywiście nastąpiło uspołecznienie przekazu/broadcastu? Jakie czynniki są nam niezbędne by świadomie popatrzyć z boku?

Wśród mas zawsze czai się krytyczny potencjał, tyle tylko że równocześnie zawsze istnieje ryzyko że ten potencjał może znaleźć bardzo niebezpieczne ujście jak i użytek. Videoblogi, facebook i podobne przewody przepływu/ów wiadomości, mimo swoich zalet, służą ostatecznie coraz bardziej kontroli i zbieraniu informacji o uczestnikach tego obiegu. Jestem przekonany zresztą, że dalsza ewolucja albo dalsze ewolucje została już przewidziana, a żeby świadomie patrzeć z boku, albo chociaż z ukosa należy podejmować więcej takich działań jak nasze i rozpowszechniać je tak jak to tylko możliwe.

 


Tak w ogóle mam wrażenie, że polski język nie wykształcił odpowiednio pojemnego pojęcia, które równoważyłoby amerykański broadcast. Nie znam słowa, które kompensowałoby zawarty w nim ‘odcisk’, formowanie. Tak jak polski termin ‘władza’ nie kompensuje temperatury znaczeniowej angielskiego ‘power’….

Natywny język jest pierwszą formatką, w którą zostajemy wciśnięci. Kształtuje nas mentalnie jego temperatura, napięcia, melodyka nie wspominając o jego ograniczeniach. Dlatego puryści językowi to faszyści. Szczęśliwie dzięki ewolucji o której mówimy, w dużej mierze jednak otwartemu przekazowi, sam język się zmienia, miesza z innymi, wchłania obce słowa i gramatyki.

Bytom, Paryż, Kraków 07-12.2015